BAŚNIE I LEGENDY

Jaśko i Jaga


Czerwcowe dni mijały leniwie, chmury płynęły powoli, jakby donikąd, żar lał się z nieba. Niektórzy kręcili nosem, inni z kolei cieszyli się, że pogoda dopisywała.

Od samego poranka, który wtoczył się na niebo wcześniej niż zwykle, słychać było gwar, który zdarzał się na rynku nierzadko i zazwyczaj niósł ze sobą wiadomości... złe i dobre. Tym razem mieszkańcy Polkowic mogli odetchnąć z ulgą, okres strachu w końcu minął. Wojna, zwana przez wielu trzydzistoletnią, skończyła się. Wydarzenia, które niestety nie ominęły Polkowic, pozostawiły za sobą wdowy, wdowców oraz sieroty. Kawałek chleba stał się skarbem, ludzka życzliwość towarem deficytowym, za to przebiegłość pozostała nietknięta. Mimo wszystko każdy starał się żyć własnym życiem - jakie by ono nie było.

Pośród tych ludzi żył też i Jaśko Piętaszek, chłopiec wątłej postury, z którym mało kto się liczył. Nie pozostało mu wiele po przejściu wojsk Ligi Katolickiej i Unii Protestanckiej. Rodzice zginęli, rodzeństwa nie miał, został więc sam, choć miał zaledwie dwanaście lat. W świat wyruszyć nie mógł, no bo za co? Jednak zostanie i czekanie na śmierć głodową też mu się nie podobało. Żeby mieć za co żyć, wykonywał ciężkie prace - kopał groby, rąbał drewno, czasami przynosił rolnikom paszę dla zwierząt. Żył w ten sposób przez dwa lata, podczas których zazdrośnie spoglądał na tych, którym się powodziło.

Ot, sierota, chłopak na posyłki, jego życie zdawało się nikogo nie obchodzić. Nikogo, poza siłami nieczystymi…

***


Włosy koloru ziemi przykleiły mu się do twarzy, co rusz je poprawiał. Rozpadało się na dobre, przeklinał w myślach, na czym świat stoi, Przeklinał również Sentflebena, pasierba lokalnego karczmarza, który go okłamał, przez co zgubił się gdzieś w lesie. Wiatr szumiał, poruszając koronami drzew. Jaśko trząsł się, bynajmniej nie tylko z zimna. Miał wrażenie, że coś lub ktoś za nim szło, odkąd wszedł do boru. Ilekroć przystawał, słyszał kroki - za sobą, przed sobą, po lewej, po prawej. Po chwili dźwięk znikał, jak gdyby nigdy go nie było, jakby to wszystko było ułudą. Nerwowo oglądał się za siebie, przyspieszał kroku, potykał się, jego oddech stał się urywany, do oczu napływały mu łzy, na skroniach perlił się pot.

Gdzieś w oddali zahuczała sowa, jej głęboki krzyk rozniósł się echem, a Piętaszka przeszedł dreszcz. Nie zauważył wystającego kamienia, padł więc jak długi na ziemię. Poczuł ból i gdy wstał, zauważył, że rozdarł sobie nogawkę i skaleczył łydkę. Sprawcą cierpienia okazał się czarny sztylet, o dziwnym, nierównym kształcie, który leżał obok jego nogi. Jaśko wpatrywał się w niego chwilę, zanim wziął go do ręki i schował za pas. W tym samym momencie zerwał się wiatr. Podmuch był tak silny, że kilka drzew nieopodal chłopaka runęło. Jaśko skulił się na ziemi z rękami na głowie. Liście tańczyły na wietrze, przybierając różne kształty - to psa, to chmury, to drzewa, to człowieka. Wszystko tak nagle, jak się zaczęło, tak i szybko się skończyło. Wzbite w powietrze liście opadły z szelestem. Zawierucha umilkła i tylko połamane drzewa świadczyły o tym, że w ogóle miała miejsce.

Gdy Jaśko myślał, że już jest po wszystkim, rozbłysło niebo i huknął grom. Wtem chłopiec usłyszał stukot kopyt, który szybko został zastąpiony przez szyderczy śmiech. Mógł przysiąc, że widział ruch niedaleko rozłożystej sosny. Stworzenie zarysem przypominało kobietę. W ciemnościach, jakie już zapadły, nie mógł stwierdzić czy mu się to tylko wydaje. Leżał na ziemi jeszcze chwilę, która zdawała się ciągnąć całą wieczność. Gdy był pewny, że nic dziwnego już się nie dzieje, podniósł się na rękach i z niejakim ociąganiem wstał i ruszył przed siebie.
Szukając drogi do domu, Jaśko kilkakrotnie poślizgnął się na podmokłej trawie. Przemókł do suchej nitki, czuł nieprzyjemną lepkość swojej koszuli oraz spodni. Nogi miał zimne jak lód i całe obolałe od długiego chodu. Emocje wciąż w nim wrzały, rozum podpowiadał najdziwniejsze wytłumaczenia tego zdarzenia.

Niedaleko za nim złamała się gałązka… Jaśko jeszcze nigdy tak szybko nie biegł. Podła pogoda, zdradliwe ścieżki, gęste zarośla nie były w stanie go powstrzymać. Chciał być w domu jak najszybciej.

***



Minęło kilka dni od tajemniczego wieczoru. Jaśka męczyły koszmary, niemiłe, realistyczne sny powtarzały się i zdawały nigdy nie kończyć. Trwały i trwały, zapętlały się, zaczynały od początku. Koszmary powoli doprowadzały go na skraj obłędu. - Co z tobą, Jaśku? Zgłupiałeś? - Pytali, zatroskani mieszkańcy, nie wiedząc, co spotkało go w lesie.

***

Rąbał drewno, gdy usłyszał głos dobiegający z pobliskiego lasu. Nie zaskoczyło go to. O tej porze zwykle chłopi wracali z pól, zmęczeni pracą i upałem lub upojeni "trunkiem szczęścia". Zdarzało się, że niektórzy zagadywali Jaśka, skarżąc się na południce czy inne czarcie pomioty, ale większość z nich przechodziła bez słowa, widząc, że chłopak pracuje. Tym razem jednak nie byli to chłopi, do jego uszu dotarł za to znajomy szyderczy śmiech. Wspomnienia z nocy nowiu wróciły w jednej chwili, a przed oczami stanęły mu sceny ze snów.

Spojrzał w stronę lasu i mimo gorąca, nagle zrobiło mu się chłodno. Kilkanaście metrów przed nim stała kobieta. Nie widział dokładnie jej oczu, ale czuł na sobie jej wzrok. Zerwał się wiatr, który na chwilę odwrócił uwagę Jaśka. Gdy znów spojrzał w kierunku lasu, postać zniknęła.

***

Tego wieczoru chłopak wyczerpany pracą szybko zapadł w niespokojny sen.
-Masz coś, co należy do mnie. – Powiedziała kobieta. Jej włosy przywodziły na myśl ogniste języki, a oczy czarne węgielki. Usta rozciągały się w złośliwym uśmiechu, odsłaniając żółty kieł. Odwiedzała go często podczas snów, nie wiedział po co. W momencie, w którym przykładał głowę do poduszki, ona już na niego czekała.
-Nie wiesz, że nie zabiera się cudzych rzeczy? A może złodziejska krew płynie w twoich żyłach? - zapytała.
Czerwona suknia wyglądałaby na suknię chłopki, gdyby nie ekstrawagancki kolor i pozłacane zdobienia, które dodawały jej powagi i potęgi. Zawieszony na szyi wisiorek z czarnym kamieniem przykuwał wzrok.
-Oddasz to, co zabrałeś, gdy pełnia wstąpi na niebo. Oddasz to stamtąd, skąd to zabrałeś. Gdy wilk zawyje po raz pierwszy, oddasz i zachowasz życie. Nie mów o mnie nikomu. Nikomu! Choć kobieta często pojawiała się w jego snach, pierwszy raz z nim rozmawiała. Gdy się obudził, miał na piersi ranę, a znaleziony owej nocy w lesie sztylet był ubrudzony krwią.

***



Wciąż męczyły go koszmary. Jaśko zrobił się niespokojny, nerwy puszczały mu przy najmniejszym zmartwieniu. Ludzie zauważyli, że jest z nim coś nie tak. Dawali mu mniej prac i unikali go..
Kilka razy poszedł do lasu, by zwrócić znaleziony sztylet. Zakopywał go, przywiązywał do drzew, ciskał nim w ziemię, wbijał w zmurszałe pnie. Jednak ostrze zawsze jakimś cudem wracało - leżało przed drzwiami, na poduszce, w rondelku, na środku małego pokoiku.

Jaśko zaczynał wariować. Przedmiot był z nim tak krótko, a sprawił, że jego życie zamieniło się w piekło. Mało sypiał, męczył się każdej nocy. Zaczął się bać ciemności, nasłuchiwał, ilekroć coś zapukało na zewnątrz.

Tak było i tej nocy.

- Czasu ubywa, a ty dalej się wahasz. – Wyszeptała mu do ucha. – Tik, tak. Dalej. Zrób z niego użytek. Później go oddaj tam, gdzie go znalazłeś.

Gdy nie uzyskała żadnej odpowiedzi, złapała go i przejechała po jego czole paznokciem, zostawiając krwawą szramę. Jaśko był przerażony, miał rozbiegane oczy, klatka piersiowa ruszała się coraz szybciej, zaczął cały się trząść.

- Zrozumiałeś? - syknęła. Gdy skinął głową, spojrzała na drzwi, jakby coś usłyszała. - Użyj go i nie mów o mnie nikomu. - Wcisnęła mu w drżące dłonie czarny sztylet. Rozpłynęła się w mroku, a Jaśko tej nocy nie mógł już usnąć.

Gdy tylko zapiał kogut, wybiegł z chaty. Potrącił kobietę, niosącą naręcze czystej pościeli, która wykrzyczała parę przekleństw w jego kierunku. Mimo zadyszki, gnał ze wszystkich sił. Wbiegł do kościoła z pomarańczowej cegły, nie powitał kościelnego, wyminął starsze kobiety, jakby ich nie było, i dopadł do księdza, przerywając mu modły. Potrząsnął nim kilka razy i wykrzyczał mu prosto w twarz.

- Wiedźma! Wiedźma była w moim domu! Prawdziwa!
Jaśko był roztrzęsiony i na pograniczu płaczu. Ksiądz widząc to i słysząc komentarze przyglądających się staruszek, zaprowadził go na plebanię.

Dał mu napar ziołowy i czekał na słowa Jaśka. Minęła dłuższa chwila zanim je usłyszał. - Czarownica - rzekł słabo - Mam sztylet! Sztylet! - wykrzyknął i począł odwijać zawinięty w starą szmatę dowód.

Ksiądz przeraził się nie na żarty. Chwycił ostrze i powiedział z powagą.
- Dzisiaj o północy spotkamy się w lesie i złapiemy czarownicę.
Pocieszony tymi słowami chłopak wrócił do domu. Po raz pierwszy od dłuższego czasu był spokojny.

Nadeszła noc, była pełnia, dzięki czemu mógł dostrzec więcej niż ostatnim razem. Świadomość, że zaraz przyjdzie ksiądz i pomoże mu się pozbyć czarciego sztyletu, dodawała mu otuchy.

Rozejrzał się i dostrzegł to, na co wcześniej był ślepy. W miejscu, w którym się potknął i znalazł sztylet, leżały kamienne płyty. Mech przykrył je jak płaszczem, a w niewielkich pęknięciach wyrosły chwasty, pięły się w górę i z daleka nikt by nie powiedział, że są to groby. Kamienne płyty leżały w niewielkich odstępach.

- No, no, widzę, że się zjawiłeś. Jak mi miło. – Wymruczała cicho. Jaśko stał jak skamieniały. Rozchylił usta, a w oczy zajrzał mu strach.
- Nie użyłeś go. Co za strata. – wydęła usta i zajęczała.
- A-ale jak…
- Chciałeś się mnie pozbyć? Przy pomocy, powiedz mi, tego tutaj? - Rzekła, wskazując na leśną gęstwinę.

W tym momencie z sykiem z ciemności wysunął się leszy, strażniczy duch leśnych zwierząt, a obok niego podążała wilcza wataha, powarkując cicho. Wyjątkowa wściekłość i agresja cechowała tego stwora, także gdy się pojawił, Jaga uśmiechnęła się słodko. W jego szponach wisiało bezwładne ciało księdza.

Jaga spojrzała na Jaśka i w jej oczach zakipiała złość. Tak wspaniały dar jak czarci sztylet, nie był dla byle kogo, tylko dla tych, co mieli potencjał. Najwyraźniej jednak tym razem doszło do pomyłki... Wzdychając, machnęła ręką w stronę leszego, który zaraz cisnął martwym księdzem o pobliskie drzewo. Jaśko krzyknął i odskoczył do tyłu. Nie wiedział, co robić, ścisnął mocniej rękojeść czarciej broni, która nagle zaczęła palić jego skórę. Słysząc wycie wilków, włos zjeżył mu się na karku. Wtem Jaga zniknęła we mgle i pojawiła się tuż za nim, chwytając go za ramiona. Nachyliła się, a jej długie włosy spłynęły po ramieniu chłopaka. Syknęła mu do ucha:

- Złamałeś przysięgę. Okłamałeś mnie. Gdy wrócisz do Polkowic, nie zastaniesz nic oprócz śmierci i lamentu. Każdy, którego znałeś znajdzie się na łożu śmierci. Poznasz, co to rozpacz, choć myślałeś, że jesteś z nią za pan brat. Oddasz sztylet, wrócisz i będziesz dźwigał brzemię, które sam na siebie nałożyłeś - Czarna Śmierć wkrótce rozszaleje się na dobre.

Wyrwała sztylet z ręki Jaśka i odepchnęła go.
- Czarci sztylet został niewykorzystany w tym stuleciu. Co za strata... - powiedziała, odsłaniając kły i rozpłynęła się w mroku. Wraz z nią zniknęli leszy i wilki.
Zza drzew wyszły pierwsze promienie porannego słońca, budząc mieszkańców Polkowic. Nikt w mieście nie spodziewał się, co przyniosą kolejne ciepłe dni.

***

Nad ranem osiemnastego czerwca w karczmie "Pod Trzema Murzynami" poderwał się rwetes. Zmarł Sentfleben, pasierb starego karczmarza - Antona Lessena. Od trzech dni chorował, nic nie mogło zbić wysokiej gorączki, jego stan pogarszał się z dnia na dzień. Odszedł w silnych bólach, co chwilę mamrocząc "Wiedźma, wiedźma", jakby to ona była winna podłego choróbska.

Nie minął tydzień, gdy zmarła młodsza siostra Sentflebena, a kolejne osoby skarżyły się na swoje zdrowie. Choroba zbierała coraz większe żniwo, a całe miasto ogarnęła trwoga. Zbudowano prowizoryczne szałasy dla zdrowych, a osoby mające kontakt z chorymi poddano kwarantannie. Polkowice oddano nawet pod opiekę św. Sebastiana, patrona chorych.

Po spotkaniu z Jagą i leszym, Jaśko ukrywał się przerażony w domu. Wspomnienia z nocy pełni zostawiły w nim trwały ślad. Gdy dowiedział się o śmierci Sentflebena, zrozumiał, że przepowiednia Jagi zaczęła się spełniać. Jaśko nie wiedział, czy modlić się do Boga o pomoc i odpuszczenie win, czy prosić Jagę, by wszystko zatrzymała. Czuł się winny zarazie, jaka dotknęła miasto, więc pomagał chorym i rodzinom zmarłych. Zrozumiał, że częścią klątwy wypowiedzianej przez Jagę było to, że patrzył na cierpienie i śmierć znanych mu osób, a sam nie zachorował.

***

Rankiem dwudziestego listopada chłopi znaleźli powieszonego na drzewie Jaśka. Na korze niedaleko samobójcy wyryty został napis "I odpuść moje winy". Tego samego dnia Czarna śmierć przestała zbierać swoje żniwo, zabierając ze sobą połowę mieszkańców. Po chorobie, która wyludniła miasto, ostał się obraz wotywny znajdujący się do dziś w kościele św. Michała.

Nawet teraz wśród mieszkańców pojawiają się opowieści o wiedźmie i czarnym jak smoła sztylecie, szyderczym śmiechu, który słychać nieraz w lesie i ludziach, którzy tracą rozum, krzycząc w snach “Jaga!”.

Autor tekstu: Beata Proczek

Autor ilustracji: Anna Krawczyk

Audiobook: Studio Eos
Udźwiękowienie: Anita Janukiewicz,
Miks i mastering: Krzysztof Kucharczyk

Dofinansowano w ramach programu Narodowego Instytutu Dziedzictwa - “Wspólnie dla dziedzictwa 2020”.

Przewiń do góry
Wielkość liter
Kolory